(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Motto:
"Natura wszędzie jest piękna chociaż nie każdy kraj odbieramy jako piękny. Tym bardziej więc należy cenić spotkanie pięknych ludzi."
Przez ogromnie dla mnie szczęśliwy zbieg
okoliczności dane mi było poznać kraj o
wyjątkowo pięknych mieszkańcach.
Jest nim Korea Południowa. Na tej
stronie dzielę się z czytelnikiem swoimi
wrażeniami z tego kraju pięknych ludzi.
Prof. dr inż. Jan Pająk 26 maja 2007 roku
Część A:
Informacje wprowadzające tej strony:
#A1.
Kiedy i co zamotywowało mnie do przygotowania tej strony:
Kiedy tuż przed 1 marca 2007 roku wyruszałem
do Korei, aby na zaproszenie tamtejszego
programu rządowego podjąć profesurę na
jednym z koreanskich uniwersytetów, wiedziałem
wówczas o Korei tylko tyle co tendencyjne
publikatory przekazują ludziom w swojej
propagandzie. Na dodatek, moje nastawienie
do tego kraju pogłębiały trudne okoliczności
w których wówczas się znajdowałem, a które
opisuję w początkowej części #A1 strony
o mnie (Prof. dr inż. Jan Pająk),
oraz w części #A4 strony o
Wszewilkach jutra.
Tymczasem po przybyciu do Korei doznałem
rodzaju szoku. Okazało się że mieszkańcy Korei
należą do jednych z najbardziej miłych w obcowaniu
ludzi na świecie. Z kolei sama Korea jest jednym
z najbardziej fascynujących i postępowych krajów
na świecie. Niniejsza strona stara się zilustrować
chociaż tą niewielką liczbę jej interesujących aspektów,
które mi rzuciły się w oczy podczas krótkiego -
bo tylko 10-miesięcznego w niej pobytu, oraz
które udało mi się fotograficznie udokumentować.
#A2.
Jakie są cele tej strony:
Głownym celem niniejszej strony
internetowej oraz materiału ilustracyjnego
który zaprezentowałem tutaj czytelnikowi,
jest opublikowanie moich udokumentowanych
na zdjęciach, osobistych wrażeń z pobytu
w niezwykłym kraju zwanym Korea.
Dodatkowym zaś jej celem jest zwrócenie
uwagi czytelnika na te pozytywne i moralne
aspekty Korei, o których reszta świata
typowo niemal nic nie wie.
Część B:
Dlaczego Koreańczycy wyglądają tak zdrowo, szczuple i kształtnie:
#B1.
"Kimchi" ("kim-chi"), czyli sekret zdrowia, szczupłości i pięknego wyglądu Koreańczyków:
Pierwszą rzeczą która uderza każdego
przybysza do Korei, jest zdrowy, szczupły,
smukły, kształtny i wysportowany wygląd
mieszkańców tego pięknego kraju.
Na ulicach Korei Południowej niemal
nie spotyka się ludzi zniekształconych
otyłością. Jeśli zaś się już spotka kogoś
otyłego, po bliższym sprawdzeniu zwykle
się okazuje, że jest to albo turysta, albo
też emigrant z jakiegoś innego kraju.
Sporą zasługę na ten zdrowy i szczupły
wygląd mieszkańców Korei ma jedna
potrawa zjadana tam codziennie przez
każdego mieszkańca. Potrawa ta typowo
nazywana jest "kimchi". (Zauważ jednak, że
zgodnie z zasadami koreańskiej transliteracji,
powinna ona być pisana jako "kim-chi".)
Owo kimchi (kim-chi) zjadane jest zwykle w
formie surowej sałatki podawanej w Korei
w niewielkich ilościach jako dodatek do niemal
każdego posiłku. Ja osobiście zjadałem je
tylko jeden raz dziennie - przy okazji "lunchów"
w stołówce z miejsca pracy, i to tylko w dni
powszednie, bo w soboty i niedziele zwykle
wcale nie jadałem tam lunchów. Zaraz po
tym jak podjąłem swoją profesurę od 1 marca
2007 roku, miejscowy uczynny Koreańczyk
przysiadł się do mnie podczas obiadu i mi
wytłumaczył, że owo "kim-chi" posiada składniki
jakie powodują spalanie tłuszczu międzytkankowego.
Ja mu zbytnio nie wierzyłem, bo największe
autorytety wszędzie obwieszczają, że nie jest
jeszcze znana taka dieta która by efektywnie
spalała tłuszcz międzytkankowy. (Podobno
gdyby była znana, jej autor stałby się
milionerem.) Jednak tak na wszelki wypadek
zawsze zjadałem swoje "kim-chi" które mi
podawali z posiłkami. Na początku lipca się
zważylem - schudłem 5 kilo od daty swego
przybycia do Korei 4 miesiące wcześniej.
I to w sytuacji że zawsze byłem tam najedzony
i że wcale tam nie jadłem ani mniej, ani mniej
tłustych, potraw niż jadam w Nowej Zelandii,
a przez spory czas (tj. po przybyciu do Korei
również mojej żony), jadałem tam niemal dokładnie
to samo co w Nowej Zelandii - plus owo kim-chi.
Prawdopodobnie więc owo "kim-chi" faktycznie
uczyniło na mnie swoj cud. Odnotowałem też,
że w Korei nie ma ludzi otyłych (poza turystami) -
czyli że coś jednak utrzymuje przy szczupłości
wszystkich miejscowych. (Niemal też z całą
pewnością jest to właśnie owo "kim-chi", którym
miejscowi bez przerwy się objadają. W Korei
nawet się żartuje, że "Koreańczycy lubią swoje
kimchi bardziej niż swoje żony".) Jak na lekarstwo,
owo "kimchi" smakuje całkiem znosnie - mi trochę
przypomina w smaku surową polską kiszoną kapustę - tyle
że jest nieco mniej kwaśne a za to bardziej pieprzne,
bo zawiera m.in. goracą czerwoną paprykę (chili).
Miejscowi Koreańczycy zjadają go na surowo około
100 gram jako dodatek do praktycznie każdego
posiłku. Rezultat jest taki, że Koreańczycy (a
przynajmniej ci z południa) jedzą bardzo
dobrze (jedzenia mają w bród - zaś w ichniej
kulturze leży objadanie się niemal bez przerwy),
jednak nie ma wśród nich otyłych ludzi. Ja już
zapowiedziałem mojej żonie, że po powrocie
do Nowej Zelandii chcę aby zaczęła mi
systematycznie robić "kim-chi" i podawać
do jedzenia. Zdobyliśmy też z żoną i precyzyjnie
pospisywaliśmy autentyczną recepturę ludową
na wykonywanie kim-chi, a ponadto uczestniczyliśmy
w wykonywaniu tej potrawy aby dokładnie poznać
wszelkie niuanse jej autentycznego sporządzania.
Czy jednak kim-chi wykonane w Nowej Zelandii
przez nie-Koreańczyków utrzyma swoje zdolności
lecznicze (oraz moją szczuplejszą figurę),
to narazie nie jest mi wiadome (aczkolwiek
zamierzam to osobiście sprawdzić po
swoim powrocie do Nowej Zelandii).
Jak robić kim-chi jest to opisane na wielu
stronach internetowych. (Według owych opisów
wygląda to nieco podobnie jak w Polsce wygląda
kiszenie kapusty - tyle że składniki są trochę
inne.) Przykładowo, w lipcu 2007 roku o tym
jak sporządzić "kimchi" można było sobie
poczytać na stronach
treelight.com/health/nutrition/UltimateKimchi.html
oraz
fabulousfoods.com/recipes/appetizers/pickles/kimchee.html
(ta ostatnia strona informowała nawet jakie są
składniki "kim-chi"). Problem jednak w tym, że kiedy
zasięgałem opinii miejscowych Koreańczyków,
ich opisy wykonania kim-chi znacząco się
różniły od tych podawanych w internecie. Z kolei
aby kim-chi utrzymała swoje zdolności lecznicze
(np. zdolności do spalania tłuszczu międzytkankowego),
musi ona być sporządzona zgodnie z autentyczną
Koreańską recepturą. Niestety, receptura ta jest
bardzo długa, mozolna i szczegółowa. (Jako
taka nie nadaje się więc ona do opublikowania
na niniejszej stronie internetowej. Jej skrótowe
opisy można znaleźć między innymi w "National
Folklore Museum", Gyeongbokgung, Seoul, Korea
Południowa.)
Z kolei dlaczego kim-chi jest takie dobre dla
ludzkiego zdrowia starają się to wyjaśnić inne
strony internetowe. Przykładowo, w lipcu 2007
roku wyszukiwarki najpierw wskazywały dwie
takie strony o adresach
treelight.com/health/nutrition/KimchiHealthy.html, czy
davidtinney.net/korean-kimchi-recipe.html.
Chociaż tak naprawdę, to sama nazwa "kim-chi"
już nam ujawnia że dzisiejsza oficjalna nauka
ludzka wcale nie wie dlaczego "kimchi" działa
tak jak działa. Odnotuj bowiem, że składnikiem
nazwy tej potrawy jest słowo "chi" - jakim w
sąsiadujących z Koreą Chinach oznacza się
rodzaj bardzo istotnej dla życia, inteligentnej
energii. (W owych dawnych czasach kiedy
powstawała receptura na kim-chi, znaczna
część obszaru który obecnie należy do
Chin należało wówczas do Korei.) Tymczasem
czym jest owa energia "chi" to dopiero obecnie
zaczyna wyjaśniać teoria naukowa zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji - tyle jednak,
że oficjalna nauka ziemska nie chce uznać
zasadności ustaleń tejże teorii. Więcej informacji
na temat czym zgodnie z owym Konceptem
Dipolarnej Grawitacji jest ta inteligentna
energia "chi", można znaleźć m.in. na
totaliztycznych stronach internetowych o
Koncepcie Dipolarnej Grawitacji, oraz o
ewolucji.
Z kolei przykłady wykorzystywania działania owej
energii "chi" w różnych dziedzinach życia opisane
są m.in. na stronach o
Wrocławiu,
Wszewilkach jutra,
tajemnicach miasta
Malborka,
a także o
seismografie Zhang Henga działającym na "chi".
Fot. #1ab:
Oto ilustracje niezwykłej potrawy koreańskiej
zwanej "kim-chi" która m.in. utrzymuje przy
szczupłości i zdrowiu całą populację Korei.
Pod nazwą "kimchi", albo "kim-chi", kryje
się sfermentowana mieszanina płatków-wiórków
z ostrej papryki popularnie zwanej "chili",
z chińską kapustą (lokalnie zwaną "Napa")
oraz z kilkoma innymi dodatkami zdrowotnymi
i smakowymi. Smakuje ona podobnie
do polskiej kiszonej kapusty. Tyle że
jest nieco mniej kwaśna ale za to
bardziej pieprzna (a raczej "paprykowata").
Owa sfermentowana kim-chi gromadzi
w sobie energię "chi" oraz generuje
najróżniejsze enzymy, które okazują się
niezwykle zdrowe dla ludzkiego przewodu
pokarmowego i organizmu jako całości.
Przykładowo, zgodnie z najróżniejszymi
stronami internetowymi o zdrowotnych
następstwach jedzenia kimchi, takimi
jak strony wskazywane powyżej w
punkcie #B1, systematyczne zjadanie
kimchi daje cały szereg korzyści zdrowotnych,
które obejmują m.in.: przyspieszanie
u jedzącego spalania międzytkankowego
tłuszczu, uodparnianie jedzącego na bakterie
i wirusy (to zapewne dlatego nikt nigdy nie słyszał
o jakiejś koreańskiej grypie), dopomaganie
w eliminowaniu niekorzystnego cholesterolu,
zwalczanie alergii, regulowanie poziomu cukru,
wzmacnianie wyściółki żołądka
("stomach lining"), ożywianie i utrzymywanie
wymaganej dla zdrowia flory bakteryjnej jelit, itp., itd.
Fot. #6a (lewa):
Scena z grupowego wykonywania "kim-chi"
przez koreańskie gospodynie. Scena ta jest
wystawiona (wraz z autentyczną recepturą na
wykonanie kim-chi), w "National Folklore Museum",
Gyeongbokgung, Seoul, Korea Południowa.
Powyższa scenka wykonywania kim-chi pokazana
jest w Narodowym Muzeum Folkloru z Seoulu -
stolicy Południowej Korei. W muzeum tym
udostepniona jest też zwiedzającym autentyczna
koreańska receptura na wykonanie kim-chi.
Należy bowiem pamiętać, że aby uzyskać
zdrowotne działanie tego kim-chi, a także
aby uwypuklić jego walory smakowe, w
skład kim-chi typowo wchodzi też aż
cała lista najróżniejszych składników
pokazanych na następnym zdjęciu. Z
kolei autentyczna receptura ludowa na
wykonywanie tej potrawy jest wysoce
złożona. Receptura ta ma też wiele
wariacji, nie każda z których to wariacji
wykazuje te same walory zdrowotne.
Fot. #1b (prawa):
Oto ilustracyjny wykaz składników używanych
do wyrobu kim-chi według autentycznej ludowej
receptury z Korei. Ilustracja ta nie zachowuje
proporcji wagowych ani ilościowych używanych
przy wykonaniu kim-chi, bowiem stara się ona
głównie pokazać wygląd, kosystencję i opakowanie
poszczególnych składników. Pokazane na
zdjęciu są następujące składniki: (górny rząd -
licząc od lewej ku prawej) (1) płatki-wiórki
czerwonej pieprznej papryki koreańskiej
(popularnie zwanej także "chili") - warto
odnotować że ta sama ostra papryka,
ale nabyta w stanie sproszkowanym
(zamiast płatków-wiórków) niestety nie nadaje
się do wyrobu kim-chi (dla kim-chi musi
ona być rozbijana w moździerzu na wiórki
czyli płatki o średnicy około 3 mm);
(2) dwie główki chińskiej kapusty - w Korei
zwanej "Napa" (w języku chińskim-kantoniskim
nazywana jest ona "Wong Nga Pak") - odnotuj
że aby utrzmać wszystkie swoje własności
lecznicze, kim-chi nie może być wykonane
ze zwykłej kapusty europejskiej; (3) korzeń
rzepki (buraka, rzodkwi), po angielsku
zwanej "radish"; (4) czosnek pokruszony
do ziaren o wielkości ziarenek ryżu; (dolny rząd -
też licząc od lewej ku prawej) (1) koreański
"sos rybny" albo "przyprawa rybna"
(po angilsku "Fish Sauce") - czyli
sfermentowana ryba w płynie (z braku
oryginalnego koreańskiego sosu można też
używać rybnego sosu tajlandzkiego lub
nieco gorszego rybnego sosu wietnamskiego -
które są fermentowane z ryb według niemal tej
samej receptury i mają niemal te same składniki);
(2) sól mineralna (gruboziarnista, nie
rafinowana); (3) sproszkowany lepki ryż
(tj. rodzaj krochmalu ryżowego) po angielsku
zwany "glutinous rice powder"; (4) cebula;
(5) słodkie jabłko; (6) świeży imbir ("ginger");
(7) dwa źdźbła świeżego szczypiorku (tj. młodej cebulki -
tej samej ktorą w Polsce używa się do serka
ze szczypiorkiem), po angielsku zwanego
"spring onion" - nie pokazanego na tym
zdjęciu (bo go nie miałem w chwili
fotografowania).
Proszę odnotować z powyższego zdjęcia, że
pokazana na nim chińska kapusta (po koreańsku
nazywana "Napa") używana do wyrobu kim-chi
różni się nieco od europejskiej kapusty. Jej liście
są pomarszczone i wyglądają podobniej do
naszej salaty niż do kapusty, chociaż też formuje
ona ubite główki - podobnie jak europejska
kapusta, tyle że jej główki mają kształt eliptyczny
a nie okrągły. Aby wytworzyć korzystne dla
ludzkiego przewodu pokramowego energie,
enzymy, oraz flory bakteryjne, to właśnie tą
kapustę trzeba zmieszać z płatkami-wiórkami
koreańskiej pieprznej papryki czerwonej
(tzw. "chili"), oraz sfermentować. Kim-chi
wykonane z normalnej kapusty europejskiej
nie będzie wykazywało wszystkich wymaganych
cech leczniczych. Dlatego jeśli czytelnik nosi
się z zamiarem przygotowania dla siebie
kim-chi i wypróbowania na sobie samym
metody odchudzania opisanej w punkcie
#B2 poniżej, wówczas proponuję najpierw
sprawdzić czy czytelnik będzie w stanie
zdobyć ową kapustę (aby zobaczyć
fotografię tej kapusty wykonaną w zbliżeniu
czytelnik powinien kliknąć na niniejszy zielony napis).
Potem proponuję też sprawdzić czy czytelnik
będzie w stanie zdobyć pozostałe składniki
z powyższego zdjęcia "Fot. #1b".
(Gwarantowanie autentyczną, szczegółową
koreańską recepturę jak dokładnie wykonuje
się kim-chi, ja mogę przesłać na życzenie -
tak jak to opisane w punkcie #B2 poniżej.)
* * *
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej, poprzez zwykłe kliknięcie
na tą fotografię. Ponadto większość wyszukiwarek jakie obecnie są w użyciu,
włączając w to także popularny "Internet Explorer", pozwala również na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
redukować lub powiększać, a także drukować, za pomocą posiadanego przez
siebie software graficznego.
#B2.
"Cudowna dieta odchudzająca" w koreańskim wydaniu - czyli jak się odchudzić
bez zagłodzenia siebie i bez zmiany swoich nawyków stołowych ani stylu życia:
Motto: Totalizm
naucza że "każdy cel jaki jest możliwy do pomyślenia jest też możliwy do osiągnięcia" -
nawet bezbolesne odchudzenie się. Trzeba jedynie znaleźć sposób jak go osiągnąć.
Tak oto moje doświadczenia stołowe z Korei
są wprost szokujące. Zanim bowiem przybyłem
do owego kraju, jako typowy "mol książkowy"
miałem problemy z nadwagą. Faktycznie to
mój brzuch wyglądał tak jak ów na obrazach
Napoleona. Brzucha tego nie byłem też w
stanie w żaden sposób się pozbyć, na przekór
podejmowania najróżniejszych bolesnych
diet i głodówek które Chińczycy opisują dosadnym
określeniem "dog pooh diets" (tj. "diety psiego
gówna") - owa nazwa wynika z faktu, że według
żartobliwego powiedzenia Chińczyków diety
te czynią odchudzającego się aż tak głodnym,
że nawet gdy zobaczy on psie gówno - też ciągle
ma ochotę aby je podnieść i zjeść. Tymczasem
po przybyciu do Korei nagle odkryłem, że mogę
bez trudu tracić aż ponad 1 kilogram wagi
(tłuszczu) na miesiąc, tylko dlatego że codziennie
przy okazji najważniejszego posiłku (tj.
odpowienika naszego "obiadu") zjadam tam
około 50 do 100 gram surowego "kim-chi" jako dodatkowe
danie boczne do tego co na dany posiłek jest mi
podane. Aby chudnąć tą metodą, wcale też nie
muszę zmieniać swoich upodobań smakowych,
mogę jeść tyle ile zechcę, nie muszę stosować
żadnych szczególnych diet czy ćwiczeń, ani
nie muszę zmieniać swego stylu życia.
Kim-chi okazała się więc dla mnie tą
"cudowną dietą odchudzającą" która zupełnie
bezboleśnie dała mi to co inne diety jedynie
mi obiecywały, jednak na przekór bólu ich
podejmowania - nigdy mi tego nie dostarczyły.
Skoro owa "cudowna ludowa dieta koreańska"
zadziałała dla mnie, oraz skoro tak efektywnie
utrzymuje ona przy szczupłości całe niemal
50 milionów mieszkańców Korei Południowej,
istnieje dosyć spora szansa, że działała
ona też będzie z równym sukcesem i dla
czytelnika. Ponieważ nic nie kosztuje
jej spróbowanie, gorąco tutaj czytelnikowi
ją polecam. Aby ją urzeczywistnić i sprawdzić czy
dla niego też jest efektywna, jedyne co czytelnik
musi uczynić to przygotować sobie samemu
kim-chi z dwóch główek kapusty według
autentycznej receptury ludowej z Korei.
Nie radzę jednak kupować w tym
celu gotowego kim-chi, ani przygotowywać
go według receptury podawanej w internecie,
bowiem owa kim-chi sprzedawana poza Koreą,
a także sporo internetowych receptur jakie
ja dokładnie przeanalizowałem, oferują jedynie
smakowy substytut prawdziwego kim-chi.
Ten smakowy substytut wprawdzie smakuje dosyć
podobnie, jednak nie posiada on walorów zdrowotnych
autentycznego kim-chi. Dlatego najlepiej
dla celów diety wykonać swoje kim-chi
osobiście i to własnymi rękami.
Wszakże
istnieje przysłowie "jeśli chcesz coś mieć
dobrze zrobione, to zrób to sam", a także
powiedzenie "Wacek, trzymaj ścianę a ja lecę po wypłatę".
(Z dwóch główek kapusty wychodzi około 2
kilogramy kim-chi, które wystarczą na co najmniej jakieś 20 dni.
Potem trzeba będzie powtórzyć wykonanie
bo świeża kim-chi smakuje lepiej niż stara,
znaczy jest mniej kwaśna i bardziej przyjemna
w jedzeniu.) Po przygotowaniu zaś sobie
owej kim-chi, wystarczy przy głównym
posiłku każdego dnia zjadać na surowo
około 50 do 100 gram owej kim-chi. Zjadanie
to wcale też nie jest przykre ani problemowe.
Ja je znalazłem tak jakbym do każdego
głównego posiłku zjadał około 50 do 100 gram
dobrze popieprzonej surowej polskiej
kiszonej kapusty. Jeśli przed i po miesiącu
takiego systematycznego dojadania kim-chi
dokona się dokładnego ważenia, nasza waga
powinna być o co najmniej 1 kilo niższa
(zaś pasek o co najmniej 1 dziurkę
luźniejszy).
Tak też będzie się działo,
aż się uzyska wagę która jest optymalna
dla naszej struktury. (Owa optymalna waga
przestanie już się zmieniać.)
Z osobistym wykonaniem kim-chi wiążą się
dwa problemy, mianowicie (1) zdobycie składników
praz (2) zdobycie receptury. Dlatego jeśli czytelnik
zechce spróbować niniejszej "koreańskiej
cudownej diety odchudzającej" najpierw, proponuję
mu sprawdzić czy zdoła dla siebie zdobyć
najważniejszy składnik - tj. chińską kapustę,
potem zaś sprawdzić też dostępność pozostałych
składników - jak te pokazane na "Fot. #1b".
Kolejny problem to zdobycie autentycznej
receptury koreańskiej na kim-chi. Jeśli ktoś
nie wybiera się osobiście do Korei, mogą
z tym być problemy. Po tym bowiem kiedy
ja sam szczegółowo poznałem autentyczną
recepturę ludową z Korei na wykonanie kim-chi,
posprawdzałem kilka takich receptur wystawionych
w internecie. Odkryłem przy tym, że te szczegóły
autentycznej receptury, które według mojej opinii
są najbardziej istotne dla nabycia przez kim-chi
jego walorów zdrowotnych i odchudzających,
przez jakiś dziwny zbieg okoliczności nie są
obecne w owych internetowych recepturach.
Nie wiem czy jest to aż szereg "zbiegów
okoliczności", czy też systematyczne i
celowe działanie owego "licha Pająka"
opisanego w punkcie #D2.2 strony internetowej o
Koncepcie Dipolarnej Grawitacji.
Bez względu jednak na powód dla którego
te zdrowotnie najistotniejsze szczegóły są
nieobecne w wielu recepturach internetowych,
fakt pozostaje faktem że jeśli ktoś użyje takiej
nie-autentycznej (albo uproszczonej) receptury
z internetu, może wylądować wykonując
dla siebie mozolnie jedynie smakowy
substytut dla kim-chi, który jednak
nie będzie wykazywał zdrowotnych cech
autentycznego kim-chi.
Wyniki naukowych badań czynią Koreańczyków
ogromnie dumnych ze swojej "kimchi". Wszakże
nie istnieje na świecie potrawa która by
przynosiła jedzącym aż tyle korzyści co kimchi.
Stąd na temat "kimchi" napisano w Korei wiele
doktoratów i jeszcze więcej książek. Niestety,
rzadko są one czytane w innych krajach z
powodu braku ich tłumaczeń oraz z powodu
unikalności koreańskiego alfabetu. Jedyną
naukowo i zawartościowo cenną książkę
koreańską o "kimchi" która w całości
przetłumaczona została na język angielski
i którą udało mi się zdobyć, była książka
pióra Dr Sook-ja Yoon, o tytule
Good Morning Kimchi, Hollym
Publishers, Seoul, South Korea 2006,
ISBN 1-56591-216-0, 128 stron, miękka oprawa.
Książkę tą uzupełnia też własna strona
internetowa jej autorki, o adresie
kfr.or.kr/
(niestety, niemal wyłącznie po koreańsku,
stąd Europejczykom pozwala ona tylko
pooglądać sobie obrazki).
Oczywiście, ja osobiście przygotowałem dla siebie
precyzyjny opis autentycznej koreańskiej receptury
ludowej na wykonanie kim-chi. Temu swojemu
opisowi jestem też w stanie dać gwarencje, że nie
pomija on żadnego z owych zdrowotnie istotnych
działań szczegółowych przy sporządzaniu tej
wysoce leczniczej potrawy. Opis ten jestem
też w stanie przesłać nieodpłatnie każdemu
czytelnikowi który o niego do mnie się zwróci.
Jednak przesyłając ów opis chciałbym być pewien,
że dany czytelnik zasługuje na podzielenie się
z nim owocami ciężkiego i żmudnego procesu
zdobywania i precyzyjnego spisywania tej trudnej
i skomplikowanej receptury. Dlatego opis
ten jestem gotowy wysłać zupełnie nieodpłatnie
tylko tym czytelnikom, którzy w P.S. do swojego
emaila odpowiedzą mi na następujące trzy pytania:
(1) Jaki naukowo niepodważalny materiał
dowodowy opisany na moich stronach o
Koncepcie Dipolarnej Grawitacji oraz o
ewolucji
jednoznacznie wskazuje na istnienie
Boga?
(2) Dlaczego owego wskazywanego tam materiału
dowodowego na istnienie Boga nie da się
podważyć w sposób naukowy? (3) Jakie
płyny i zjawiska opisywane przez
Koncept Dipolarnej Grawitacji
składają się na to co starożytni Chińczycy
i Koreańczycy nazywali kiedyś inteligentną
energią "chi" (Chińczycy nadal nazywają to
energią "chi" nawet i obecnie), zaś dzisiejsi
Koreańczycy nazywają to energią "Ge"?
Oczywiście, odpowiedzi na powyższe
pytania są rodzajem egzaminu sprawdzającego
czy dany czytelnik dokładnie zapoznał się
z totaliztycznymi stronami internetowymi o
Koncepcie Dipolarnej Grawitacji,
ewolucji, oraz
Bogu.
Jeśli ja będę miał jakieś wątpliwści czy dany czytelnik
faktycznie zdał ów egzamin, wówczas rezerwuję
sobie prawo do emailowego zadania dodatkowych
pytań. Jeśli zaś z emaila wyniknie, że dany czytelnik
prawdopodobnie wogóle nie przeczytał uważnie
wszystkich trzech powyższych stron (albo jeśli
email nie będzie zawierał odpowiedzi na zadane
tu pytania), wówczas rezerwuję sobie prawo
aby wogóle na niego nie odpowiadać.
Przesyłając mi odpowiedzi na owe pytania
proszę też dodać w jakim formacie chce się
otrzymać owe opisy autentycznej receptury
koreańskiej na wykonanie "kim-chi". (Ja mogę
je bowiem wysłać albo w formacie Word'a
"doc", albo w formacie Adobe "pdf", albo
też w formacie tekstowym "txt".) Muszę też
tutaj podkreślić, że ponieważ ja daję
osobistą gwarancję iż moja procedura
dokładnie odzwierciedla autentyczną
koreańską recepturę ludową, na moje
opisy tej procedury będzie nałożony
"copyright" - znaczy będzie w niej zastrzeżone
aby ani jej dalej nie przekazywać innym, ani
też dalej jej nie publikować bez uprzedniego
uzyskania mojej zgody na piśmie.
(Tj. każdy kto zechce ją uzyskać powinien
ją uzyskiwać bezpośrednio odemnie.)
#B3.
"Poczwarki jedwabników" - czyli moralniejszy substytut dla "embrionalnych komórek macierzystych" używany od bardzo dawna w folklorystym lecznictwie Korei:
Dzisiejsza medycyna zachłystuje się opisami
co to da się kiedyś uzyskać dzięki badaniom
tzw. "embrionalnych komórek macierzystych"
(po angielsku "stem cells"). Owymi obietnicami
stara się też zagłuszyć kaca moralnego
wynikającego z używania komórek pochodzących
z płodu ludzkiego. Wszakże w niektórych
przypadkach owych badań, aby móc je prowadzić
może stawać się konieczne odebranie jakiemuś
potencjalnemu człowiekowi prawa do życia.
Jest zaś wysoce niemoralnym uśmiercanie potencjalnych
ludzi tylko po to aby uzdrawiać już urodzonych
ludzi. Nic więc dziwnego że badania nad
"embrionalnymi komórkami macierzystymi"
ludzkiego pochodzenia mają sporo przeciwników.
Szokującym jednak faktem jest, że leczenie
komórkami o działaniu bardzo podobnym do
działania owych "embrionalnych komórek
macierzystych", folklor ludowy Korei stosuje
już z powodzeniem przez wieki, jeśli nie
przez całe tysiąclecia. I to bez potrzeby
odczuwania jakiegokolwiek "kaca
moralnego". Powodem jest, że owe koreańskie
substytuty dla komórek macierzystych pochodzą
od owadów, a nie od ludzi. W folklorze Korei
komórki te uzyskuje się poprzez zwykłe
zjadanie "poczwarek jedwabnika" (po angielsku
"silkworm pupa") pokazaych na zdęciu poniżej.
Owe poczwarki mają
bowiem w sobie składniki które po zjedzeniu
wyzwalają w jedzących mechanizm który
powoduje że dowolne komórki z ciała
jedzących zachowują się tak jakby były
one komórkami macierzystymi - tj. dowolne
komórki z ciała jedzących transformują
się w, czy też generują, komórki jakich
danemu choremu brakuje. W rezultacie w Korei
aż roi się od opisów niesłychanie ciężkich
choróbs, które zostały wyleczone właśnie
poprzez zwykłe zjadanie owych "poczwarek
jedwabnikowych". Nie będę tutaj owych
opowieści przytaczał, bowiem ktoś może
mnie oskarżyć o upowszechnianie medycznej
herezji. Jednak obraz który wyłania się
z opisow ludzi z którymi rozmawiałem na
ten temat, jest bliski tego co dzisiejsza
medycyna stwierdza że kiedyś będzie można
to uzyskać właśnie dzięki embrionalnym
komórkom macierzystym. A wszystko to tanio,
natychmiast, bez prowadzenia wieloletnich
badań medycznych, oraz bez nabawiania się
"kaca moralnego" z powodu zużywania komórek
które aby nas mogły uzdrowić najpierw musiały
być niemoralnie zrabowane jakiemuś innemu
człowiekowi.
Nie trudno się domyślić dlaczego mechanizm
leczniczy który wyzwalany jest przez
zjadanie poczwarek jedwabnikowych jest
niemal identyczny do działania owych
"embrionalnych komórek macierzystych".
Jak bowiem wiemy, w poczwarkach występują
jakieś procesy, które całkowicie przebudowują
strukturę tkankową gąsiennicy w strukturę
tkankową gotowego motyla. Cokolwiek wyzwala
owe procesy, w chwili zjadania poczwarek
jedwabnikowych dostaje się do krwioobiegu
w organiźmie zjadającego. Z krwioobiegiem
tym trafia to do miejsc które zdewastowała
dana choroba. Tam zaś wyzwala procesy
podobne do tych jakie mają miejsce w
poczwarkach. Mianowicie przebudowuje tam
strukturę komórek które znajdują się w miejscu
zdewastowanym przez chorobę, w strukturę zdrowych
komórek które powinny tam być obecne. W ten sposób
następstwa niszczycielskiej choroby są stopniowo
eliminiowane. Poczwarki jedwabnikowe wnoszą
więc sobą potencjał do leczenia nawet tych
najbardziej paskudnych choróbsk bez powodowania
niekorzystnych następstw ubocznych. (Np. nigdy nie
slyszałem aby komukolwiek kto zjadał te poczwarki
wyrosły po wyzdrowieniu jakieś motyle skrzydła.)
Gdzie zaś owe poczwarki jedwabnika można w
Korei nabyć. Ano wcale nie w aptece, a na zwykłym
targowisku - patrz zdjęcie poniżej. Muszę jednak
przyznać iż kiedy na nie patrzyłem wówczas
byłem pewien, że z moimi europejskimi nawykami
kulinarnymi musiałbym naprawdę być w krytycznej
sytuacji zdrowotnej aby się zmusić do zjedzenia
tego cudownego lekarstwa. (Zapewne musiałbym
przy tym też sobie wyobrażać że jestem ptakiem.)
W folklorze Korei poczwarki jedwabnikowe
zjadane są w trzech odmiennych formach.
Najbardziej efektywne jest ich zjadanie
na surowo, tak jak je widać na poniższym
zdjęciu. Ja po ponad pół roku chodzenia
wokół nich jak przysłowiowy "pies chodzi
wokło jeża", w końcu dla dobra nauki i
tej strony zmusiłem się aby sporóbować
jak one smakują. Jak się okazało, w
pierwszej chwili po włożeniu takiej
jedzonej na surowo poczwarki jedwabnikowej
do ust, ma się odczucie jakby włożyło się
do ust dużą miękką rodzynkę. Jednak od
skóry tej niby rodzynki przechodzi do
śliny silny smak i zapach jakby starej "zatęchłej
piwnicy", czy starych wilgotnych podziemnych
lochów. Ten zatęchły smak znika jednak
kiedy poczwarkę się przegryzie i rozgniecie
zębami. Wówczas nabiera ona dosyś przyjemnego
smaku i kruchości jakby młodego orzecha włoskiego.
Znaczy smaku tylko około jednej trzeciej
tak silnego jak smak dojrzałego orzecha
włoskiego. (Ten słaby smak orzechowy mają
młode orzechy włoskie, które zjada się
kiedy ciągle mają one zieloną łuskę i
które po rozłupaniu obierze się z owej
brązowej skórki jaka po dojrzeniu nie
daje się już obrać i jaka ich jądru
nadaje właśnie owego silnego smaku
orzechowego.) Ten przyjemny orzechowy
smak tych poczwarek powoduje, że w Korei
mają one dosyć sporo amatorów, każdy
z których zjada około pełnej szklanki
tego przysmaku (i lekarstwa) na jedno
posiedzenie.
Niezależnie od jedzenia na surowo poczwarki
jedwabnikowe zjada się w Korei również
po ugotowaniu i po upieczeniu. W przypadku
ich gotowania, gotowane są one w posolonej
wodzie i jedzone natychmiast po ugotowaniu -
ciągle gorące. Na jarmarkach można w Korei
spotkać stoiska w których je gotują
zaś po ugotowaniu - sprzedają przechodniom
(w cenie około 1 US$ za ćwierć-litrową
szklankę tego przysmaku i lekarstwa).
Wokoło stoiska na którym je gotują roznosi
się w powietrzu ten sam nieprzyjemny zapach
"zatęchłej piwnicy", który opisałem w
poprzednim paragrafie. Najbardziej podobno
smaczne są te poczwarki kiedy się je usmaży.
Smaży się je w oleju, po dodaniu do nich dla
poprawy smaku niemal równej ilości ząbków
czosnku.
Teoretycznie rzecz biorąc ten sam efekt
leczniczy co dla poczwarek jedwabnikowych
powinien być też uzyskiwany podczas zjadania
dowolnych poczwarek - jeśli tylko ich
gąsiennice nie zawierają jakichś chemikalii
niekorzystnych dla ludzkiego zdrowia. Ponieważ
jednak dla wyzdrowienia trzeba nazjadać dosyć
sporą ilość tych poczwarek (liczoną na kilogramy),
poza jedwabnikami trudno zapewne byłoby znaleźć
ich wymagane zaopatrzenie. Ponadto eksperymentalnie
jest już potwierdzonym, że gąsiennice jedwabnika
nie zawierają ani wytwarzają żadnych chemikalii
które byłyby niekorzystne dla ludzkiego zdrowia.
Natomiast inne poczwarki ciągle mogą mieć
takie chemikalia.
W Polsce także są hodowane i przetwarzane
poczwarki jedwabników. Wszakże dla produkcji jedwabiu
odwija się jedynie i zużywa kokony w które poczwarki
te się owijają, same zaś poczwarki się wyrzuca.
Kiedy pisałem ten paragraf aż cały szereg
adresów polskich przetwórni jedwabników i
wytwórni jedwabiu dało się znaleźć w internecie.
Stąd prawdopodobnie wszystkie fabryki które
przetwarzają jadwabniki mają całą masę tych
poczwarek z jakimi nie bardzo wiedzą co czynić.
Zapewne wyrzucają je potem na śmieci albo
też sprzedają jako paszę dla świń - nie
zważając na fakt, że poczwarki te wykazują
cechy cudownego (i prostego w użyciu)
lekarstwa ludowego o charakterystyce
"embrionalnych komórek macierzystych".
Dlatego tym z czytelników którzy mają kogoś
bliskiego i kochanego w sytuacji zdrowotnej
na tyle desperackiej, że dla wyzdrowienia owa
osoba byłaby gotowa zjadać poczwarki jedwabnika
na kilogramy, oraz jeśli choroba tego kogoś
należy do rodzaju który obiecują w przyszłości
uzdrawiać dzisiejsi badacze "embrionalnych
komórek macierzystych" (tj. "stem cells"),
wówczas proponuję im rozważyć spróbowanie
tejże ludowej koreańskiej remedy. (Szczególnie
spróbować warto, jeśli jest to rodzaj choroby
na wyleczenie jakiej nadzieję stwarzałby jakiś
mechanizm uzdrawiającego działania "embrionalnych
komórek macierzystych", który to mechanizm
jest postulowany już obecnie przez badaczy,
jednak którego dopracowanie i wdrożenie
w życie obiecywane jest dopiero w odległej przyszłości.)
Wszakże jeśli poczwarki te nie pomogą, z całą
pewnością nie powinny też i zaszkodzić. Ich
zjadanie można przecież porównać do pojedzenia
sobie odmiany małych chrupiących raczków.
Jeśli więc ktoś nie ma uczulenia na raki, zaś
zjada te poczwarki kiedy ciągle są świeże,
nie powinien z tego powodu mieć żadnych
problemów.
Jedyna trudność (poza
przełamaniem się w sobie samym) z
użyciem tej ludowej remedy polega na
(1) zdobyciu wymaganego (sporego)
zapasu świeżych poczwarek (proponuję
w tym celu wybrać się do najbliższej fabryki jedwabiu),
oraz (2) odpowiednim przygotowaniu tych poczwarek
do leczniczego zjedzenia. Jak zaś przygotować
te poczwarki do leczniczego zjedzenia, chętnie to
opiszę każdemu nieodpłatnie, jeśli tylko w P.S.
do swego emaila ktoś ten przyśle mi emailem
odpowiedź na następujące pytanie: co to takiego
"pole moralne" oraz jak ustalić że w danym działaniu
ktoś porusza się pod górę owego pola moralnego?
Odpowiedzi na to pytanie należy poszukać na stronach
internetowych o
totaliźmie,
pasożytnictwie, oraz
moralności.
Moje reakcje na te nadchodzące odpowiedzi będą
takie same jak te opisane na końcu punktu #B2
powyżej.
Z powodów które wyjaśniłem dokładniej na
innych stronach internetowych, np. na stronach
memoriał czy
zło,
na Ziemi usilnie forsowane są badania
nad leczniczym wykorzystaniem ludzkich
"embrionalnych komórek macierzystych" i to
na przekór że w wielu przypadkach badania
te budzą najróżniejsze zastrzeżenia moralne.
Tymczasem poczwarki jedwabnikowe kryją w
sobie mechanizmy działania które pozwalają
uzyskiwać bez "kaca moralnego" oraz
prawie natychmiast niemal wszystkie te
same efekty lecznicze które niemoralnie
obiecują ludziom badacze owych
"embrionalnych komórek macierzystych".
Jednak badań nad leczniczymi mechanizmami
poczwarek jedwabnikowych narazie nikt
nie chce prowadzić. W tym miejscu mam
więc apel do czytelników, aby gdzie
tylko mogą, zamiast popierać niemoralne
badania embrionalne, raczej zaczęli
domagać się podjęcia niepomiernie
moralniejszych badań nad mechanizmami
leczniczymi kryjącymi się w owych
niepozornych poczwarkach jedwabnikowych.
Nasza cywilizacja na tym tylko skorzysta,
nie wspominając już o moralnych torturach
tych chorych przyszłości którzy będą
świadomi że aby uzyskać własne zdrowie
musieli będą odmówić prawa do życia
jakiemuś innemu człowiekowi.
Fot. #2:
Oto poczwarki jedwabnika (po angielsku
zwane "silkworm pupa"). Używane są one
w folklorystycznym lecznictwie Korei przez
wieki a może nawet przez tysiąclecia. Mają one cechy podobne do
dopiero obecnie badanych przez ziemską
medycynę "embrionalnych komórek macierzystych"
(po angielsku "stem cells"). Znaczy są one
w stanie regenerować uszkodzone lub
zniszczone przez chorobę komórki i tkanki.
Nieoficjalny folklor ludowy Korei stwierdza
że leczą one całą gamę ciężkich chorób.
Aczkolwiek patrząc na to cudowne lekarstwo
trudno sobie wyobrazić siebie samego
zjadającego je z zapałem na kilogramy,
moim zdaniem każdy kto jest w krytycznej
sytuacji zdrowotnej z powodu choroby jakiej
uleczenie obiecują badania "embrionalnych
komórek macierzystych" i komu nic innego
nie daje już nadziei, powinien rozważyć
jego spróbowanie. Wszakże jeśli ono nie
pomoże, również i nie powinno zaszkodzić,
a jest łatwo dostępne, niewiele kosztuje,
jest używane w Korei już przez wieki - a
może nawet przez tysiąclecia,
oraz teoretycznie rzecz biorąc nie powinno
powodować żadnych skutków ubocznych.
(Zaś praktycznie rzecz biorąc - nie jest mi
wiadomo aby ktokolwiek prowadził kiedykolwiek
nad tym cudownym lekarstwem jakieś
oficjalne badania.)
Część C:
Moralne, zdyscyplinowane, zdeterminowane, oraz ukierunkowane życie społeczne:
#C1.
Dyspcyplina i determinacja Koreańczyków:
Kolejną rzaczą która mnie miło zaskoczyła,
jeśli nie zaszokowała w Korei, to ochotnicze
zdyscyplinowanie społeczeństwa. Jeśli uczynienie
tam czegoś leży w interesie społecznym,
Koreańczycy to czynią bez wahania. Przykładem
na jakim jestem w stanie zilustrować ową
dyscyplinę społeczną fotograficznie, jest
poniższe zdjęcie zmęczonych uczniów
jakiejś szkoły, którym oprowadzający ich
wycieczkę nauczyciel pozwolił dla odpoczynku
przykucnąć na chwilę. Chociaż uczę przez całe
zawodowe życie, w żadnym innym kraju nie
widziałem tak zdyscyplinowanych uczni, którzy
dla odpoczynku przykucnęliby posłusznie
czwórkami bez rozchodzenia się z szeregów
i bez żadnego szemrania. (Ba, w innych
krajach nie widziałem nawet uczni, którzy
posłusznie maszerują przy swoich nauczycielach
czwórkami, równie zdyscyplinowani jak żołnierze.)
Fot. #3:
Przykład kolumny zmęczonych uczniów koreańskich,
którym prowadzący ich nauczyciel pozwolił przykucnąć
na chwilę dla odpoczynku. Jak łatwo odnotować,
odpoczywają oni zdyscyplinowanie w czwórkach,
bez rozchodzenia się po mieście, bez szemrania,
bez mieszania szyku i swoich pozycji w kolumnie
marszowej, w każdej chwili gotowi na sygnał nauczyciela
powstać i zdyscyplinowanie kontynuować wycieczkę
na jaką ich zabrano.
Ja muszę przyznać, że uczę całe swoje życie,
jednak tak zdyscyplinowanych uczniów nie
widziałem w żadnym innym kraju oprócz Korei.
Wręcz przeciwnie, z powodu braku dyscypliny
uczniowskiej w sporej liczbie krajów w których
uczyłem zabranie uczniów na wycieczkę jest
rodzajem zmory i tortury dla wykonania której
wielu nauczycieli musi zostać siłą zmuszeni
przez swoich przełożonych. Na dodatek, w
niektórych krajach tak duża grupa uczni według
miejscowego prawa wymagałaby zapewne
nadzoru i opieki co najmniej czterech dorosłych
(np. czterech nauczycieli i/lub ochotniczych
rodziców). W Korei wystarczy zaś tylko jeden
nauczyciel który całkowicie panuje nad sytuacją.
#C2.
Kiedy Koreańczycy już coś czynią, oddają się temu "na całego":
My to dobrze znamy z naszego życia
codziennego. Ktoś np. pracuje w jednym
zawodzie, jednak klnie na niego, bowiem
zawód ten podjął przez pomyłkę i właściwie
to chciałby czynić w życiu coś zupełnie
innego. W ten sposób nasze europejskie
społeczeństwa są pełne naukowców, którzy
właściwie to chcieliby zostać malarzami,
malarzy, którzy tak naprawdę to marzą o
karierach polityków, polityków, którzy
właściwie to chcieliby zostać bankierami -
tyle że Bozia nie dała im kapitału, itd.,
itp. Wynikiem jest, że w takim społeczeństwie
niemal nikt na poważnie nie bierze swojego
zawodu lub działalności, zaś jeśli już
coś czyni, dokonuje to z łaski i
zupełnie bez przekonania.
Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej
w Korei. Jeśli Koreańczycy coś już czynią,
wówczas wkładają w to całego siebie. W
rezultacie, kiedy oni pracują, to praca
aż im się "pali w rękach". Kiedy strajkują,
wówczas czynią to z przekonaniem i staczają
prawdziwe bitwy z policją. Kiedy idą do
kościoła, wówczas modlą się z takim żarem
i przekonaniem, oraz przykładają tak wiele
uwagi do drobnych szczegółów, że nawet ja -
twórca
totalizmu oraz
pierwszy naukowiec na Ziemi który formalnie udowodnił
istnienie Boga,
chylę z uznaniem przed nimi czoła.
Fot. #3b:
Oto "białogłowy" w koreańskim kościele
katolickim. (Kliknij na to zdjęcie aby
zobaczyć je w powiększeniu.)
Zdjęcie to wykonane było w sierpniu 2007 roku.
W dawnej Polsce słowem "białogłowy" określano
kobiety - ponieważ w kościele zakładały one
białe chustki na głowę. Jak jednak dobrze pamiętam,
owa chrześcijańska tradycja zaniknęła w Polsce
w czasach mojego dzieciństwa. Kiedy byłem
jeszcze malutkim chłopcem, moja matka i babcia zabierając
mnie do kościoła ciągle zakładały na głowę właśnie
takie białe chustki - podobne do chustek które
na powyższym zdjęciu widać na głowach wszystkich
koreańskich kobiet modlących się w kościele.
Natomiast kiedy nieco podrosłem, kobiety
uczestniczące w nabożeństwach z polskich kościołów
katolickich przestały już zakładać owe białe
chustki. (Dlatego zapewne obecnie nie
nazywa się ich już "białogłowami".)
Jednak w Korei kobiety ochotniczo
czynią to aż do dzisiaj - jak to
ujawnia powyższe zdjęcie. Kiedy
bowiem w Korei ludzie się modlą,
czynią to naprawdę z żarem i oddaniem,
dopilnowując poprawności każdego szczegółu.
Tak też i czynią w każdej innej
sprawie jakiej się oddają.
W Polsce się uważa, że Polacy przodują
w świecie w swoim oddaniu wierze w Boga
i kościołowi katolickiemu. Tymczasem
według mojej powierzchownej opinii,
Koreańczycy już dawno temu prześcignęli
Polaków w sumienności i żarliwości z
jakimi służą oni Bogu.
Oczywiście,
Bóg
nie pozostaje obojętny na takie wyrazy
oddania. Wynagradza więc Koreę na wiele
różnorodnych sposobów. Przykładowo, w
chwili obecnej Korea posiada jeden z
najwyższych standardów życia. Przestępstwa
bazujące na niemoralności niemal w niej
już nie istnieją. Ludzie w większości
są tam prawdomówni i postępują moralnie
(za wyjątkiem niektórych
polityków).
My Polacy możemy im tylko pozazdrościć.
Wszakże za moralnym postępowaniem całego
społeczeństwa podąża też szczęście,
pokój, zasobność i osobiste bezpieczeństwo
jego poszczególnych obywateli.
Część D:
Historia:
#D1.
Koreańczycy czerpią swą siłę moralną ze swojej historii:
Koreańczycy są dumni ze swojej historii. A
w historii tej stoi, że wywodzą się oni od "Hana".
(Jeśli dobrze pamiętem to któryś z polskich
poetów napisał, że Polacy kiedyś dyskutowali
czy wywodzą się od "Ormiana" czy też od "Hana".)
Fot. #4:
Oto zdjęcie "prototypu" dla jednej z najbardziej
nowoczesnych rodzajów dzisiejszej broni
rakietowej - czyli tzw. "katiuszy". Wystawiony
jest on w pałacu królewskim "Deoksugung" w Seoulu.
Jedyna rzecz jaka w prototypie tym może nas
nieco zastanawiać, to że pokazana na tym
zdjęciu, jego "udoskonalona" wersja zbudowana
została w Korei w 1448 roku, zaś jej wynalazca,
niejaki Choe Museon żył kilka wieków wcześniej
w czasach Goryeo Dynastii. Teraz więc staje
się wiadome, skąd Rosjanie wzięli pomysł dla
swoich katiuszy, oraz jaki to rodzaj broni straszył
konie polskiej husarii w czasach średniowiecznych
wojen z mongołami.
Faktycznie to niewielu ludzi zdaje sobie sprawę,
że tak "nowoczesna" broń jak "katiusze", faktycznie
jest już około tysiąca lat stara, oraz że na długo
zanim weszła ona w użycie w Europie była w
powszechnym użyciu na Dalekim Wschodzie.
Część E:
Technika:
#E1.
Koreańczycy należą do technicznie najbardziej uzdolnionych narodów naszej planety:
W Korei zaskakuje codzienne użycie techniki.
Fatycznie to narazie nie spotkałem jeszcze
narodu którego życie codzienne byłoby
naładowane taką liczbą urządzeń technicznych,
jak życie typowego Koreańczyka. Oczywiście,
nie mieszkałem jeszcze w każdym kraju świata,
np. nie mieszkałem jeszcze w Japonii, być więc
może że istnieją narody jeszcze bardziej
"utechnicznione" niż Koreańczycy.
Jednak Koreańczycy są nieporównanie
większymi konsumentami najnowszej techniki
niż wszystkie narody jakie ja znam (tj. niż
Polacy, Niemcy, Szwajcarzy, Nowozelandczycy,
Australijczycy, Malezyjczycy, Singaporianie,
Cypryjczycy, a także sąsiedzi tych relatywnie
dobrze znanych mi narodów). Jak też
odnotowałem, moi koreańscy studenci
pod względem praktycznej fachowości
"zjedli by na śniadanie" studentów z
innych krajów w jakich kiedykolwiek
wykładałem.
Fot. #5:
Najstarszy i największy zegar wodny świata,
a ściślej to co z niego przetrwało
do dzisiaj. Wystawiony on jest w pałacu
królewskim "Deoksugung" w Seoulu.
Zegar ten automatycznie i płynnie
wskazywał aktualne godziny i minuty z
precyzją bliską dzisiejszym szwajcarskim zegarom.
Ów zegar różni od precyzyjnych zegarów
szwajcarskich data jego zbudowania. Pokazany
tu model zegara wodnego zbudowany został bowiem w
1536 roku. Był on jednak wierną kopią wcześniejszego
zegara zbudowanego w 1434 roku przez niejakiego
Jang Jeongsil. Tamten zaś budowniczy zegara ciągle
bazował na jeszcze wcześniejszych modelach.
#E2.
"Lewitujący kran":
W jedno sierpniowe popołudnie 2007 roku
spacerowałem sobie wzdłuż ozdobnego
strumienia przebiegjącego w poprzek
starówki Seoulu w Korei Południowej.
Strumień ten nazywa się "Cheonggyecheon
Stream". Przy jego północno-zachodnim
brzegu zlokalizowany jest długi rząd
niewielkich warsztacików najróżniejszego
kalibru. Obszar ten nazywają "Industrial
Tool Arcade". Większość owych warsztacików
jest do siebie podobna. Mijałem je więc
bez większego zainteresowania. Nagle jednak
jeden z nich przykuł moją uwagę. Przy
jego wejściu stała bowiem niewielka jakby
"fontanna". Tyle że w przeciwieństwie
do zwykłej fontanny, woda w niej sikała
od góy do dołu. Woda ta buchała z dużego,
ciężkiego, mosiężnego kranu który najwyraźniej
"lewitował w powietrzu". Pierwsze
wrażenie po zobaczeniu tego kranu było dla mnie niemal
szokiem. Zatrzymałem się jak zahipnotyzowany
i dla sprawdzenia czy dobrze widzę
odruchowo obwiodłem dłonią naokoło
tego kranu aby sprawdzić czy nie jest
on zawieszony na jakichś źle widocznych
drutach czy ukrytych magnesach, albo
czy nie zawiera przypadkiem jakichś
ukrytych lusterek dla wzrokowego zwodzenia
widzów. Kran wisiał jednak w pustym powietrzu.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
Nawet z moim technicznym umysłem
zajęło mi to trochę czasu zanim
wypracowałem sobie jak on działa.
Jak też się okazało jego zasada
działania jest bardzo prosta.
A mimo tego czyni ona aż tak
piorunujące wrażenie na widzach
i ma aż tak wysoki impakt reklamowy.
Oczywiście, natychmiast też
obfotografowałem ten "lewitujący
kran" ze wszystkich możliwych stron,
zaś jego zdjęcia przytaczam poniżej
(patrz "Fot. #6abc"). Niniejszym też
zapewniam, że zdjęcia te wcale nie są
jakimś fotomontarzem, albo "trickiem".
Ciekawi mnie czy czytelnik potrafi
sam sobie wypracować jak ów "lewitujący kran"
działa, a także jak długo czytelnikowi
zajmie osobiste wypracowanie zasady
działania tego "lewitującego kranu".
Kiedy w sierpniu 2007 roku opublikowałem
powyższe opisy, kultywujące kulturę
obrzydzania polskie grupy internetowe
zaczęły się zachłystywać od wrzasków jakichś
anonimowych indywidułów skomlących ileż
to lat wcześniej widzieli już w Polsce
taki sam kran. Jednak żaden z tych skomlących
ani nie pokazał zdjęcia polskiego odpowiednika
takiego "lewitującego kranu", ani nie
opublikował rysunku technicznego ilustrującego
jak kran taki zbudować, ani też nie wskazał
sklepu czy fabryki w Polsce w której możnaby
kran taki sobie zakupić. A fe, rodacy. Jeśli
chcecie już małostkowo poniżać osiągnięcia
kogoś innego, wówczas zwykła zacność
wymaga aby jakoś udokumentować że samemu
doszło się do choćby w przybliżeniu podobnego
osiągnięcia! Samo zaś plucie na innych
bez jednoznacznego udokumentowania swoich
własnych osiągnięć brzmi jak skomlenia
wiadomo kogo ...
Fot. #6abc:
Koreańczycy to geniusze techniczni. Przykładowo
powyżej pokazuję zdjęcie "kranu który lewituje"
i który sika sobie wodą sam wisząc w pustym
powietrzu. Kran ten jest użyty jako reklama
dla umiejętności właściciela niewielkiego
warsztaciku na wejściu do którego został on
wystawiony. Jego działanie hinotyzuje bowiem
przechodniów, przyciągając do warsztaciku
wielu nowych klientów. Ja nie mogłem się
oprzeć aby go sfotografować i nie odszedłem
od tego warsztatu przez tak długo aż nie
wypracowałem na jakiej zasadzie on działa
i "lewituje".
Fot. #6a (lewa):
Oto zdjęcie tego "lewitującego kranu" pokazanego
od strony chodnika. Faktycznie kran ten wygląda
jak mała fontanna, tyle że sika wodą z góry w
dół, zamiast - jak fontanna, od dołu ku górze.
Na drugim planie widać właściciela warsztatu
który używa ten kran jako doskonałą reklamę
swoich umiejętności technicznych. Zbliżone
zdjęcie tego samego "lewitującego kranu" można
zobaczyć
klikając na niniejszy "zielony" napis.
Fot. #6b (środkowa):
Oto zdjęcie tego samego kranu wykonane od
strony warsztatu ku ulicy. Zdjęcie to wyraźnie
pokazuje, że kran faktycznie "lewituje", oraz
że nie istnieją żadne ukryte druty czy
magnesy które by go podtrzymywały w
powietrzu, ani że jego zawis w powietrzu
wcale nie jest symulowany jakimiś ukrytymi
lustrami.
Fot. #6c (prawa):
Oto dumny właściciel warsztatu który wykonał
sobie reklamę w postaci owego "lewitującego
kranu". Jak widać, śmieje się on od ucha do
ucha. Wszakże ów kran przyciąga mu wielu
klientów. Ma więc pełne ręce roboty i pełny
pertfel. Czy Ty czytelniku potrafiłbyś
wymyślić podobie intrygującą reklamę
dla swojego warsztatu? A może potrafiłbyś
wymyślić jak taki kran sobie zbudować aby
on działał tak jak pokazano na powyższych
zdjęciach?
Część F:
Poczucie humoru:
#F1.
Zabawne aspekty Korei:
Koreańczycy mają bardzo wyrafinowane
poczucie humoru. Poniżej przytaczam kilka
próbek fotograficznych.
Fot. #7abc:
Fotografie które dokumentują zabawne
aspekty Korei.
Fot. #7a (lewa):
My ich nazywamy "półgłówkami". Nasz kraj
jest nimi przepełniony. Jednak w Korei widać
są oni aż takim rarytasem, że najwyraźniej
stawia im się tam pomniki (a może rzeźbiarze
nie mają tam w zwyczaju dokupywać cementu
jeśli im się ten skończy przed zakończeniem
danej rzeźby).
Fot. #7b (środkowa):
Oto reklama informująca, że jest to sklep
z butami. Na powyższym przykładzie pokazano
reklamę eleganckich butów wyjściowych. Jeśli
jednak dany sklep sprzedaje buty sportowe,
wówczas ich "reklama" wygląda jak następuje
(kliknij na niniejszy "zielony" napis aby zobaczyć zdjęcie koreańskiej reklamy sklepu sportowych butów).
Oczywiście w podobny sposób reklamują się
też inen sklepy. Oto przykładowo reklama
warsztatu oprawiającego w ramki różne
oficjalne (tj. "opieczątkowane") dokumenty
(też kliknij na niniejszy "zielony" napis aby zobaczyć zdjęcie reklamy owego warsztatu).
Fot. #7c (prawa):
Oto maszynownia windy w budynku zaprojektowana jak ludzka głowa.
Część G:
Natura i przyroda Korei:
#G1.
Flora Korei:
Fot. #8abc:
Fotografie które pokazują co bardziej niezwykłą
florę Korei.
Fot. #8a (lewa):
Oto ilustracja jak dziwna może być flora Korei.
Przykładowo, niemal każdy wie, że w Korei rośnie
niezwykły korzeń zwany "żeń-szeń", którego kształt
z grubsza przypomina figurę człowieka. Korzeń ten ma
bowiem człony których umiejscowienie i wygląd przypominają
tułowie, głowę, ręce, oraz nogi człowieka. Zadziwiająco,
ów korzeń "żeń-szeń" wykazuje też silne cechy lecznicze.
Jenak niemal nikt nie wie, że w Korei rośnie też
niezwykły grzyb, utrwalony na powyższym zdjęciu,
kórego wielkość i wygląd też nam przypomina coś
ludzkiego. Interesująco, powyższego grzyba sfotografowałem
w parku królewskiego pałacu "Changgyeonggung" w Seoulu.
Zobaczyłem bowiem w tym parku grupkę naukowców, którzy
z wielkim zainteresowaniem studiowali coś na ziemi.
Kiedy podszedłem do nich aby sprawdzić co to takiego,
zobaczyłem powyższego grzyba. Podobno jest on niezwykłą
rzadkością. Studiujący go naukowcy podali mi nawet
jego naukową nazwę, jednak ją zapomniałem. Wiem, że
w Polsce istnieje nieco podobny grzyb (widywałem go
relatywnie często podczas grzybobrania), który
charakteryzuje się bardzo nieprzyjemnym smrodem
padliny. Jednak powyższy koreański grzyb wcale
nie śmierdział.
Fot. #8c (prawa):
Oto jeden przykład z ogromnej kolekcji unikalnego rodzaju
roślin ozdobnych, które są rodzime dla Wschdniej Azji, w
tym Korei. Rośliny te nazywają się "hosta". Pokazany powyżej
przykład "hosta" nosi żartobliwą nazwę "Big Daddy" (tj. "Duży
Tatuś"). Największy ogród botaniczny Korei, noszący nazwę the
"Hantaek Botanical Garden" zgromadził moim zdaniem największą
na świecie kolekcję owej hosta. Cały album z przykładami zdjęć
co ciekawszych przykładów hosta z tego ogrtodu botanicznego
pokazałem na odrębnej stronie w całości poświęconej jego
kolekcji hosta.
#G2.
Korzeń "żeń-szeń":
W korei istnieje niezwykły korzeń zwany
"żeń-szeń". Ponieważ posiada on własności
lecznicze, Korea jest pełna straganów
z tym właśnie korzeniem.
Fot. #9:
Typowy wygląd straganu sprzedającego
korzeń "żeń-szeń". Na straganie tym
daje się kupic ten korzeń we wszystkich
możliwych formach, np. suszony, surowy,
w nalewce, w płatkach, w proszku, itp.
Odnotuj że zamiast sprzedawcy na zdjęciu
widać mnie (tj. prof. dr inż. Jana Pająka).
Takich straganów z korzeniem "żeń-szeń"
jest w Korei całe zatrzęsienie.
#G3.
Fauna Korei:
Ciekawe, że fauna Korei jest wyraźnie
inna niż fauna np. Europy. Przykładowo,
najpopularniejszym ptakiem korei jest -
sroka. Sroki są w Korei równie wszędobylskie
jak wróble w Europie czy kaczki w Nowej
Zelandii. Z kolei najpopularniejsze owady
Korei to - ważka i cykada. Ważki widać
wszędzie. Jest ich tak pełno w powietrzu
jak much w Australii, komarów w Nowej
Zelandii, mrówek w Malezji, czy kleszczy
w Polsce. Z kolei cykady w Korei są
wielkości polskich wróbli. W letnie
dni powodują one tak głośny hałas, że
aż dzwoni w uszach.
Fot. #10abc:
Fauna Korei.
Fot. #10a (lewa):
Oto najpopularniejszy ptak Korei czyli - sroka.
Jednak sroki koreańskie są inne niż sroki
europejskie. Niby mają ten sam kształt, wielkość,
wygląd i zachowanie, jednak ich piórka
błyszczą metalicznie wspaniałymi kolorami.
(Sroki np. w Polsce są tylko czarno-białe.)
Fot. #10b (środek):
Oto najgłośniejszy owad Korei czyli - cykada.
W Korei hałasuje aż kilka gatunków cykady -
jednak ta pokazana na powyższym zdjęciu
jest z nich najgłośniejsza. Skrzypi ona
tak głośno, że aż w uszach dzwoni. Hałas
jaki przy tym wytwarza mi trochę przypomina
odgłos skrzypienia wydawany przy rytmicznym
wkręcaniu dużej śruby w suche drewno (lub
rytmicznym obracaniu suchego korka w ciasnej
szyjce pustej butelki).
Cykada ta jest też ogromna - mniej więcej
wielkości europejskiego wróbla. Aby ocenić
jej wielkość wystarczy sobie uświadomić,
że średnica pnia drzewa na jakim ją
sfotografowałem według mojej oceny
przekraczała 20 cm.
Latem 2007 roku Korea Południowa przeżywała
też nalot jeszcze innej niezbyt przyjemnej
cykady. Ta nowa cykada naleciała Koreę od
północy, oryginalnie wywodząc się z południowych
Chin, oraz systematycznie przemieszczając
się przez Północną Koreę ku południu.
W sierpniu 2007 roku dotarła już do
północnych przedmieść Seoulu. Nazywa
się "lycorma delictula white", wygląda
jak centkowana ćma i ma 5 cm długości.
W Korei nie ma ona naturalnych wrogów, będzie
więc dużym problemem.
Artykuł na jej temat,
o tytule "Foreign Cicadas Irritate Residents"
ukazał się na stronie 3 gazety
The Korea Times,
wydanie ze soboty (Saturday/Sunday), August 18-19, 2007.
Do Suwon owa nowa cykada "lycorma delictula
white" dotarła już w dniu 25 sierpnia 2007
rok, kiedy to jedną z nich usłyszałem i
zobaczyłem tam po raz pierwszy w życiu.
Przechodziłem wtedy przez mały park tuż
przed zmierzchem, kiedy usłyszałem głos
nowej, wcześniej nie słyszanej cykady.
Brzmiał on jak równomierny terkot
karabinu maszynowego, w którym każdy
pojedynczy strzał brzmiał jak silny trzask
dużej iskry z maszyny elektrostatycznej.
Faktycznie też ów terkot był bardzo
nieprzyjemny dla uszu i wysoce irytujący.
Poszukałem co go wydziela aby sprawdzić
czy faktycznie jest to owa nowa cykada
i wówczas ją zobaczyłem po raz pierwszy -
dokładnie taką jak ją pokazywano na
zdjęciach w gazetach, czyli dużą i
wyglądającą nieco upiornie. Jednak było
już zbyt ciemno abym mógł też wykonać
jej zdjęcie.
Fot. #10c (prawa):
Oto najpopularniejszy owad Korei czyli - ważka.
W tym przypadku ważka ta siedzi na linie
przed bramą pałacu królewskiego. Jednak
latajace ważki widać w Korei dosłownie
na każdym kroku.
Część H:
Tajemnicze aspekty Korei:
W Korei istnieje wiele tajemniczych zjawisk
i obiektów. Poniżej zaprezentuję te do których
zdołałem tam dotrzeć i je sfotografować.
#H1.
Jaskinia wyłamana telekinetycznie przez wehikuł UFO:
Ja od dawna zajmuję się badaniem jaskiń
(a ściślej podziemnych tuneli) wykonanych
na Ziemi przez UFO. Owe podziemne tunele
wytopione przez wehikuły UFO używane są
przez UFOnautów do ukrywania w nich wehikułów
UFO, oraz do zakładania tam podziemnych
baz UFOnautów. Zdjęcia niektórych z
takich tuneli-jaskiń prezentowałem już na
kilku
totaliztycznych
stronach internetowych, przykładowo w
punktach #22 i #23 strony o
magnokrafcie,
czy też w punkcie #12 strony o
Nowej Zelandii.
Z kolei dokładny opis tych tuneli podany
został w traktacie
[4b].
Zaraz po tym jak przybyłem do Korei moją uwagę
zwrócił więc kolejny "tunel" wyłamany telekinetycznie
przez wehikuł UFO. Jest on zwany "Jin Cave". Znajduje
się on na terenach Seonunsan Provincial Park,
a ściślej jest częścią dużego kompleksu
świątyń buddyjskich które zawarte są w obrębie
tego parku. Oczywiście, na przekór że jaskinia
ta położona jest wiele godzin jazdy od miejsca
gdzie mieszkałem, zorganizowałem do niej
wyprawę. Wyprawa ta potwierdziła, że Jin
Cave faktycznie uformowana została technicznie
przez wehikuł UFO. Jakie fakty to potwierdzają -
wyjaśniam to i ilustruję poniżej. Jednak podczas
owej wyprawy UFOnauci złamali mi palec
jako karę za "zbytnią dociekliwość".
Odnotuj że na temat koreańskiego tunelu UFO
zwanego "Jin Cave" piszę także na stronie o
tajemnicach zamku w
Malborku.
Fot. #11:
Tylko nieliczni ludzie zostali ukarani
złamaniem ich palca za fakt że mieli
odwagę coś obfotografowywać. Ja należę
do owych nielicznych. Kiedy w dniu 26
maja 2007 roku obfotografowywałem
tajemniczą "Jin Cave" pokazaną na powyższej
fotografii "Fot. #11", jakieś niewidzialne
dla ludzkich oczu stwory wpadły w taką
wściekłość, że podczas wykonywania jednej
z fotografii niemal otwarcie podcięły
mi nogi kiedy właśnie naciskałem spust
migawki, oraz tak pokierowały moim
upadkiem abym złamał sobie palec.
W trakcie tego dziwnego zdarzenia
czułem na swoim ciele uderzenia i
pchnięcia jakby czyichś niewidzialnych
rąk, zaś w swoim umyśle usłyszałem
jakby telepatycznie przekazany mi
czyjś szyderczy rechot. (Ja doskonale
znam ten rechot - słyszałem go bowiem
już raz kiedy UFOnauci, zapewne dla
zabawy, zlali mnie i mój garnitur zimnym
prysznicem - co opisałem dokładnie
w podrozdziale W6 z tomu 18 monografii
[1/4],
patrz tam punkt "Ad. F".) Opisy owego
niezwykłego złamania mi palca przytaczam
w punkcie #A4.1 najnowszej aktualizacji
strony o
Wszewilkach jutra.
"Fot. #11" powyżej pokazuje właśnie
jedno ze zdjęć które wówczas zdołałem
wykonać tuż przed tym zanim mój palec
został złamany. Ujmuje ona wejście do jaskini,
która według moich ustaleń jest byłym
wejściem do jednego z systemów podziemnych
tuneli jakie UFOnauci wykonali
pod powierzchnią naszej planety
aby w nich ukrywać swoje wehikuły
UFO przed wzrokiem ludzkim. Wśród
miejscowych ludzi powyższa jaskinia
nazywa się Jin Cave - co
na polskie tłumaczy się jako
"jaskinia dżynów". (Dżyny to
jeszcze jedna nazwa którą w
kulturach Wschodu nadawano kiedyś
UFOnautom. Dżyny miały takie same
moce jak "diabły" - tyle że kiedyś
uważano je za nie aż tak złośliwe
jak diabły. W naszej kulturze dżyny
znamy głównie z bajki o "Lampie
Alladyna" w której podobno mieszkał
jeden z owych potężnych stworów.)
Pokazana powyżej "Jin Cave" omawiana
jest także na stronie o tajemnicach zamku w
Malborku.
Średnica pokazanego powyżej tunelu
mierzona w poziomie wynosi 4.7 metrów,
zaś jego wysokość wynosi 5.10 metrów.
Ten cylindrycznie ukształtowany i
równiutki tunel został wycięty jakby
ogromnym wiertłem. Biegnie on w kierunku
od południowego-wschodu (jego wejście)
ku północnemu zachodowi (głąb góry).
Tunel ten wycięty był więc przez dyskoidalny
wehikuł UFO typu K3 lecący poziomo
z podstawą zwróconą prostopadle do
lokalnego przebiegu linii sił pola
magnetycznego. Średnica zewnętrzna
wehikułu UFO typu K3 wynosi D = 4.39
metrów. Wykonanie tego tunelu nastąpiło
poprzez nacisk telekinetyczny,
a nie poprzez wytapianie plazmą.
Wehikuł UFO który go wykonał był
więc wehikułem UFO drugiej, lub
nawet trzeciej, generacji.
Niezwykłością tego tunelu UFO jest,
że był on znany przez wiele wieków,
zaś miejscowi ludzie traktują go z
nabożnością niemal jak święte miejsce.
Dlatego UFOnauci nie mogli go skrycie
zawalić lub usunąć - tak jak to uczynili
z wejściami do wielu innych swoich
tuneli. Aby jednak nie ujawnić że
wiedzie on do podziemnych baz UFO,
jakiś czas temu UFOnauci wytopili
w nim pionową ścianę przegrodową,
widoczną poniżej na zdjęciu "Fot. #11c",
która go zamyka już około 10 metrów od
wejścia. Co najciekawsze, owa pionowa
ściana zagradzająca wejście do reszty
tego tunelu uformowana została poprzez
wytopienie rodzimej skały gorącą
plazmą. Tymczasem sam tunel wykonany
został poprzez wyrwanie skały naporem
telekinetycznym - co wyraźnie widać na
zdjęciu "Fot. #11b" poniżej. (Jin Cave jest więc tunelem
wyłomowym - a nie wytopionym.) Takie
wymieszanie dwóch zupełnie odmiennych
sposobów ukształtowania struktury tego
tunelu, oba z których to sposobów są
unikalne i charakterystyczne dla
możliwości napędu UFO, dodatkowo
silnie potwierdza technologiczne
pochodzenie tego tunelu uformowanego
przez wehikuł UFO.
Wejście do podobnego tunelu UFO
znajdowało się też w Polsce na
Babiej Górze - pozostając tam
otwarte aż do około 1920 roku.
(Potem UFOnauci ukryli to wejście.)
Podobne wejście opisane jest w
słynnej niemieckiej legendzie
o Pied Piper of Hamelin.
Opis tej legendy znajduje się
nawet w niektórych encyklopediach,
np. w prestiżowej "Encyclopedia
Britannica", 1959 rok - patrz tam
hasło "Hameln". Zgodnie z tą
legendą, w 1284 roku miasteczko
Hamelin z Dolnej Saksonii (koło
Hanoweru), leżące na zbiegu rzek
Weser i Hamel, nawiedzone zostało
przez plagę szczurów. Wtedy pojawił
się ów szczurołap (zapewne UFOnauta
posiadający urządzenie do zdalnego
hipnotyzowania zwierząt i ludzi),
który po otrzymaniu oferty sowitego
wynagrodzenia wyprowadził szczury
z miasteczka i potopił je w rzece
Weser. Jednakże po wypełnieniu
jego strony umowy, mieszkańcy
Hamelin'a oskarżyli go o oszustwo
i odmówili wypłaty wynagrodzenia.
Wtedy, dokładnie dnia 23 lipca
1284 roku, zagrał on znowu na
swojej fujarce. W odpowiedzi
wszystkie dzieci Hamelin'u opuściły
swe domy i podążyły zahipnotyzowane
w ślad za nim. Po ich dotarciu do
zbocza pobliskiego wzgórza Koppelberg,
otwarły się w nim ogromne wrota.
Szczurołap, a za nim wszystkie
dzieci - za wyjątkiem jednego
kulawego, zniknęli na zawsze
we wnętrzu tego wzgórza, zaś
wrota zatrzasnęły się po ich
przejściu. (Najwyraźniej kulawe
dziecko było bez wartości jako
niewolnik na planecie UFOnautów.)
Ciekawostką powyższej legendy
z Niemiec jest, że jej wersja
mówiona jaką też miałem okazję
usłyszeć, opisuje szklisty
tunel wiodący do wnętrza Ziemi,
który krył się za wrotami w
zboczu wzgórza Koppelberg.
Tunelem tym odmaszerowały
zahipnotyzowane dzieci. Jego
opis zbiega się więc ze szklistym
tunelem przysłoniętym wrotami
wyglądającymi jak zwykła skałka,
który opisany jest w legendzie
z Polski na temat Babiej Góry
(tą legendę z Polski przytoczyłem w
traktacie [4B] i w podrozdziale G2.1
monografii [5/3], zaś wzmiankuję
ją w podrozdziale O5.3.2 monografii
[1/4]).
* * *
Fot. #11bc:
Dwie fotografie które dokumentują dwa odmienne
sposoby formowania "Jin Cave" pokazanej i
omówionej dokładnie na poprzedniej fotografii
"Fot. #5".
Fot. #11b (lewa):
Fotografia ścian bocznych "Jin Cave" pokazana
w zbliżeniu. Ujawnia ona że owa jaskinia-tunel
uformowana została poprzez precyzyjne wykruszenie
(wyłamanie) skały rodzimej za pomocą naporu
telekinetycznego.
Fot. #11c (prawa):
Fragment "ściany zaporowej" zamykającej dostęp
do dalszych części "Jin Cave". W przeciwieństwie
do wyłomowego formowania ścian bocznych wyraźnie
widocznego na zdjęciach z lewej części "Fot. #11b",
owa "sciana zaporowa" uformowana została
poprzez stopienie skały rodzimej gorącą plazmą
wehikułu UFO pracującego w trybie wiru magnetycznego.
W końcowej części tej jaskini było dosyć ciemno
kiedy fotografowałem ową "ścianę zaporową".
Ścianę tą widać tuż poza ołtarzem z buddyjskimi
akcesoriami, przez który nie chciałem się wspinać
aby ścianę tą lepiej sfotografować, gdyż mogłoby
to być uznane za świętokradztwo. Niemniej dosyć
wyraźnie widać że powstała ona poprzez stopienie
skały rodzimej wirującą plazmą. Wyraźnie nawet
daje się wyróżnić obszar w środku owej sciany,
w którym zawisał wytapiający ją wehikuł UFO
dyskoidalnego kształtu, zanim po wycofaniu
się tego wehikułu z dużej kropli stopionej przez niego skały,
owa ciekła ściana całkowicie się zamknęła odzwierciedlając
jednak sobą zarysy wehikułu który ją wytopił.
* * *
Część I:
Co więc w Korei ciągle może zostać udoskonalone:
#I1.
Wprowadzenie łacińskiego alfabetu:
Aczkolwiek niemal wszystko w Korei
wygląda prawie doskonałe w porównaniu
z innymi krajami w jakich miałem okzaję
mieszkać, ciągle żyjemy w niedokonałym
świecie. W każdej więc rzeczywistej
sprawie i w każdym rzeczywistym kraju
zawsze jest miejsce na udoskonalanie.
W przypadku Korei moim zdaniem najpilniejsze
jest wprowadzenie łacińskiego alfabelu
i zastąpienie nim lokalnych "krzaczków".
Będąc wszakże położoną pomiędzy Chinami
i Japonią, Korea ma alfabet który jest
bardzo podobny do alfabetów jej sąsiadów.
Mi jej alfabet przypomina "krzaczki".
Sami Koreańczycy przeznają, że ich alfabet
jest podobno "drugim najtrudniejszym w świecie" -
zaraz po alfabecie arabskim który uważa
się za "pierwszy najtrudniejszy w świecie".
Dla przybysza z innego kraju ów alfabet
Korei czyni podróżowanie ogromnie trudnym.
Faktycznie to właśnie z powodu niego
każdy kto podróżuje po Korei i nie zna
tego alfabetu czuje się tam trochę jak
"ślepa mysz".
Ja miałem okazję mieszkać przez jakiś
czas w aż dwóch krajach które kiedyś
używały alfabetu arabskiego, jednak
jakiś czas temu zmieniły go na alfabet
łaciński. Były to: Turcja (a ściślej
Północny Cypr) oraz Malezja. Chociaż
też poziom znajomości angielskiego tzw.
"ludzi z ulicy" w obu tych krajach
jest podobny do poziomu agielskiego
ludzi z Korei, podróżuje się w nich
bez żadnych większych problemów właśnie
z powodu używania przez nie alfabetu
łacińskiego. Z powodu owego alfabetu
przybysz wszystko w nich bowiem łatwo
może sam sobie poczytać. Na dodatek historia
tamtych krajów wskazuje, że po zmianie
alfabetu uzyskały one całe morze innych
korzyści - np. wzrost czytelnictwa, spadek
analfabetyzmu, itd., itp. Dlatego moim
zdaniem przyjęcie przez Koreę alfabetu
łacińskiego byłoby jednym z najpilniejszych,
najważniejszych, oraz najkorzystniejszych
posunieć strategicznych tego kraju.
Część J:
Podsumowanie, oraz informacje końcowe tej strony:
#J1.
Podsumowanie tej strony:
Korea jest ogromnie fascynującym krajem.
Być może powinniśmy zacząć się nią
pilniej interesować, oraz czerpać wzorce z
niektórych co bardziej konstruktywnych
osiągnięć jej mieszkańców.
Aktualne adresy emailowe autora tej strony, tj.
dra inż. Jana Pająka
(a przez okres 2007 roku - Prof. dra inż. Jana Pająka),
pod jakie można wysyłać ewentualne
uwagi, zapytania, lub odpowiedzi na zadane
tu pytania, podane są na stronie internetowej
o mnie (Prof. dr inż. Jan Pająk).
Tam również dostępne są adres pocztowy
i numery telefonu autora.
Proszę też odnotować, że z powodu mojego
chronicznego deficytu czasu, ja bardzo niechętnie
odpowiadam na emaile, które zawierają TYLKO
wykonawczo czasochłonne prośby, jednocześnie
zaś dokumentują zupełną ignorancję ich autora
w tematyce którą ja badam. Dlatego jeśli ktoś
wysyła mi jakąs prośbę, proponuję aby w P.S.
do swego emaila udokumentował że faktycznie
zadał sobie trud przeczytania moich stron internetowych.
Efekt takiego udokumentowania można uzyskać
poprzez zdanie "egzaminu" ze znajomości niektórych moich
stron, znaczy albo przez odpowiedzenie na pytania
przywiązane do konkretnych rodzajów próśb
(np. zadane w punktach #B2 i #B3 tej strony),
albo też poprzez odpowiedzenie chociaż na
jedno z następujących generalnych pytań (proszę
sobie wybrać pytanie zależnie od własnych
zainteresowań). (1) Jak teoria zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji
nazywa owe trzy składowe
Boga
które przez chrześcijaństwo nazywane są "Bogiem Ojcem"
albo "Przedwiecznym", "Duchem Świętym" i "Synem Bożym",
oraz która z owych składowych Boga zgodnie z tą teorią
istnieje od nieskończenie dawnych czasów?
(2) Czym, zgodnie z opisami na stronach o
wehikułach czasu oraz o
Bogu
różni się tzw. "wieczyste potępienie" od tzw. "wiecznej szczęśliwości"?
* * *
If you prefer to read in English
click on the flag below
(Jeśli preferujesz czytanie w języku angielskim
kliknij na poniższą flagę)
Data pierwszego opracowania niniejszej strony: 1 marca 2007 roku.
Data najnowszego jej aktualizowania: 3 listopada 2007 roku.
(Sprawdź pod adresami z "Menu 3" czy już istnieje nawet nowsza aktualizacja!)
Oto wskazania poszczególnych liczników odwiedzin tej strony: